Znów odzywa się we mnie pytanie, na które wciąż nie znalazłam odpowiedzi. Pytanie brzmi: "czemu tak trudno mi odpuścić?" Lubię logiczne merytoryczne dyskusje. Chyba nawet za bardzo je lubię. Jest to rozrywka, która potrafi mnie wciągnąć bardziej niż inne. Lubię, jak ktoś mi wykaże błędy w rozumowaniu, albo jak ja wykażę je komuś. I ilekroć wchodzę w dyskusję z kimkolwiek o czymkolwiek, to właśnie na to liczę. I niestety bardzo często się rozczarowuję, gdyż nie dla wszystkich dyskutowanie jest taką właśnie rozrywką. Wielu ludziom chodzi o jakieś zupełnie inne rzeczy. I w tym punkcie należałoby zrobić właśnie to: odpuścić. Ustąpić jak przysłowiowy mądry przysłowiowemu głupiemu.
Pewnym problemem jest u mnie jednak nadmierne angażowanie emocji w dyskutowanie. Niewykluczone, że podobnie jest u fanów gier komputerowych: niby chodzi o wirtualną zabawę. Zupełnie nieprawdziwą. A jednak adrenalina wre.
Czymś, co doprowadza mnie do autentycznej złości a nawet rozpaczy, jest niezrozumienie. Kiedy ja mam na myśli X, a mój rozmówca walczy ze mną twierdząc, że powiedziałam Y. A mnie się wciąż wydaje, że umiem wysławiać się jasno. I próbuję po raz setny dowieść, że chodzi mi o X a nie o Y. Często jednak zupełnie bezskutecznie.
Jestem przekonana, że takie niezrozumienie musi mieć swoje powody.
Może są tacy, których na przykład drażni sama osoba rozmówcy. Nie próbują wtedy pojąć, co chce się im powiedzieć, ale uprzedzenie sprawia, że wszystkie słowa są przekręcane. Można też chyba mieć alergię na inne elementy kontekstu, w którym odbywa się dyskusja.
Przychodzi mi do głowy, że pewnie mnie się też coś takiego przydarza. Nie ma powodu, bym akurat ja była od tego wolna. Cennym więc ćwiczeniem byłoby, gdybym sama sobie się przyjrzała pod tym kątem i poszukała podobnych alergenów u siebie. Kiedy, kto i dlaczego działa na mnie w sposób wywołujący irracjonalne zachowania wobec rozmówcy?